Cookie Consent by FreePrivacyPolicy.com
home

Home

search

Odkryj

groups Zawodnicy video_library Video tag

Social Media

5 miesięcy temu

W DIABELSKIM OGNIU PYTAŃ

Bartek, chłopak ze Starogardu

Jak zaczęła się Twoja przygoda z koszykówką?


Bartosz Sarzało: Mój pierwszy trening, to był trening, który odbył się w szkole – ówczesnej „trójce”. Teraz, z tego co wiem, to jest Szkoła Podstawowa nr 2 w Starogardzie Gdańskim. Odbył się na małej sali. Trenerami byli śp. Bogusław Dulęba oraz mój Ojciec. Zacząłem trenować ze starszym rocznikiem ’81, ja urodziłem się w 1983 roku. Ten rocznik to była całkiem ciekawa ekipa, jak się wspomni dzisiaj kto tam trenował. Pamiętam kilka ciekawych nazwisk, a bardziej pseudonimów – był „Sarna”, „Grzyb”, Bartek Mazurowski, bracia Listewnik. Tak właśnie powstawała młodzieżowa koszykówka w Starogardzie. Przez pierwszy rok trenowaliśmy, a później przenieśliśmy się do ówczesnej „szóstki” (Szkoła Podstawowa nr 6 – przyp. red.). No i tam się zaczęły poważniejsze zabawy – najpierw młodzicy, kadeci, juniorzy. Później Hala Agro, aż w końcu powstał ten obiekt (Hala Miejska im. Andrzeja Grubby – przyp. red.) i w zasadzie tak przechodziła krok po kroku moja zabawa z koszykówką młodzieżową. Pojawiły się powołania do reprezentacji ówczesnego makroregionu (teraz już województwa). Odległe czasy, ale tak właśnie było. W końcu udało się do tego seniora dotrzeć, tutaj w Starogardzie. Krok po korku, stopień po stopniu, tutaj, w tym mieście. To był fajny okres, który dużo mnie nauczył.

Jakie były najważniejsze chwile w Twojej karierze juniorskiej?

Jeżeli chodzi o karierę młodzieżową, to fajnie wspominam nasze pierwsze sukcesy. Udało nam się z naszym rocznikiem, z naszą szkołą w zasadzie, bo to były rozgrywki szkolne (chodziłem do szkoły nr 8), zdobyć brązowy medal Mistrzostw Polski w mini koszykówce. Zostaliśmy trzecią szkołą w całej Polsce. Fajna ekipa, pamiętam wszystkich. Rozgrywaliśmy finały Mistrzostw Polski w Warszawie. Przegraliśmy w półfinale, wygraliśmy mecz o 3 miejsce i to był taki pierwszy efekt naszej wspólnej pracy, taki, który naprawdę mogliśmy poczuć, dotknąć. Te medale były w naszym mieście ogromnym sukcesem i zostały bardzo fajnie przyjęte. Co prawda kilka lat później Mistrzostwo Polski zdobył rocznik ’84, też bardzo fajna ekipa i to był dużo większy sukces, ale to jest ten sukces, który pamiętam. Później zdobyliśmy, jako juniorzy Mistrzostwo Polski juniorów starszych, ale to już była drużyna, w której nie wszyscy byli stąd (ze Starogardu Gdańskiego – przyp. red.). Wiadomo, Ci juniorzy trenowali w pierwszej drużynie, mimo iż wielu z chłopaków było przyjezdnych, byli zaangażowani w ten klub. Myślę też, że przez moment czuli się starogardzianami i ten sukces był duży, bo zdobyć mistrzostwo Polski w tym wieku, to jest prawdziwy wyczyn. Dzisiaj jak się patrzy, to tak naprawdę te mistrzostwa zamykają się w małym kręgu klubów, także wejście do tego kręgu chociaż na chwilę, jest naprawdę sporym sukcesem. Nam się to udało.

Jak wyglądało Twoje wejście w świat seniorskiej koszykówki?

Przejście z grup młodzieżowych do pierwszego zespołu nie było to łatwym zadaniem i wspominam to jako trudny okres. Ogólnie uważam, że to jest chyba największy problem w polskiej koszykówce – wprowadzenie młodych zawodników do koszykówki seniorskiej. Mi nie było na początku łatwo, ponieważ zespół grał na poziomie, dla mnie w tamtym momencie nie do końca osiągalnym. Ja dostawałem tylko „ogony”, więc ciężko było coś pokazać w zespole, który akurat mieliśmy przez lata, kiedy się wchodzi na minutę/dwie. Trudno się było przebić zawodnikowi w takim wieku i jeżeli chodzi o to przebicie, to nastąpiło ono dopiero w momencie, kiedy ten zespół stał się teoretycznie trochę słabszy. Pod wodzą trenera Jacka Miecznikowskiego zaczęliśmy grać młodszym składem i był to taki sezon przełomowy, kiedy okazało się, że tym teoretycznie słabszym i młodszym składem, możemy grać w czubie 1 ligi. Wtedy poczułem się pewnie wśród seniorów i w tym momencie można powiedzieć, że tak naprawdę rozpocząłem moją przygodę seniorską.

Mecze, które najbardziej zapadły Ci w pamięć?

Na pewno pamiętam mecz, kiedy awansowaliśmy do Ekstraklasy, mecz w Stalowej Woli, świętowanie. Później rozgrywane mecze tutaj w hali z Turowem Zgorzelec. W zasadzie o nic, taka feta, bo i my i Turów awansowaliśmy. Jeżeli chodzi o Starogard, to pamiętam też pierwszy mecz w Ekstraklasie rozgrywany tutaj na hali oraz mecz, w którym drużyna zdobyła brązowy medal, bo akurat byłem na tym meczu i komentowałem go dla radia. Jako że jestem stąd również bardzo się cieszyłem z tego medalu, bo niewątpliwie był to ogromny sukces.

Jaki jest Twój największy sukces w karierze?

Jeżeli chodzi o mój największy sukces, to jest to awans do Mistrzostw Europy z Reprezentacją Polski pod wodzą Andreja Urlepa. Z tego co pamiętam to był rok 2007 i bardzo cieszę się, że mogłem być w tej drużynie z niesamowitymi graczami i uczyć się od nich i od trenera. Jeśli chodzi o koszykówkę klubową to na pewno, awans, dwa mistrzostwa Polski to są największe sukcesy, które udało mi się osiągnąć w Starogardzie.

Co cechuje Ciebie jako koszykarza?

Jeżeli chodzi o moje walory koszykarskie, to byłem zawodnikiem, który każdego dnia bardzo musiał walczyć, żeby pokazać, że jest zawodnikiem na poziomie ekstraklasy. Jednak te moje warunki fizyczne, motoryczne nie były najlepsze i musiałem gdzieś indziej szukać swoich atutów. Myślę, że cechowało mnie to, że zawsze, gdy wychodziłem na parkiet starałem się każdą sekundę wykorzystać maksymalnie i włożyć głowę tam, gdzie nikt nie włożyłby ręki. Myślę, że w momentach, kiedy pojawiałem się na parkiecie, było wiadomo, że nie pękam, że w obronie jestem trudny do przejścia, chociaż musiałem nadrabiać odpowiednim ustawieniem, później również doświadczeniem. Myślę, że z wiekiem uwidoczniła się taka moja wizja koszykarska, wizja boiskowa, przestrzenna. Potrafiłem wiele rzeczy przewidzieć, zwracałem uwagę na więcej detali Prawdę mówiąc, to był też ten moment, kiedy w pewien sposób zacząłem się przygotowywać do zawodu trenera.

Co cechuje Ciebie jako trenera?

Ciężkie pytanie, bo to nie mi oceniać, ale w sezonie ktoś mi powiedział, że jestem Tomasem Pačėsasem 1 ligi. Tutaj akurat nie ma co porównywać, bo trener Pačėsas prowadzi drużyny na zupełnie innym poziomie, ale domyślam się, że chodziło o to, że bywa, iż staram się wpływać na zespół w dość agresywny sposób. Staram się żyć podczas meczu i być z drużyną, bo chciałbym, żeby moje drużyny grały agresywnie, cały czas były aktywne na boisku i żeby wszyscy zawodnicy trzymali koncentrację. Staram się moim zachowaniem im w tym pomagać, ale też nie zawsze, bo wiem, że są momenty, kiedy akurat nie tego potrzebują. A jeżeli chodzi o bycie trenerem, to chciałbym, aby cechowało mnie to, że zawsze staram się być sprawiedliwy i traktować wszystkich równo. Oczywiście do każdego trzeba podejść indywidualnie. Uważam, że dlatego praca trenera to tak trudne zadanie, bo spotyka się z różnymi charakterami. Moi zawodnicy zawsze reagują na moje zachowania w rozmaity sposób, ale chciałbym, żeby obojętnie czy to jest zawodnik młody, wchodzący w koszykówkę czy zawodnik, który gra w nią już wiele lat i jest doświadczony, poczuł, że każdy w moim zespole jest równy. I każdy, każdego dnia powinien walczyć o swoje miejsce. Nie jest tak, że jeden zawodnik czegoś nie musi robić, bo coś już ma za sobą w swojej karierze, bo jest starszy i bardziej doświadczony, a drugi musi jeszcze coś nadrabiać. Oczywiście nie traktuję ich jednakowo, ale chciałbym, żeby każdy z nich czuł, że ma swoje obowiązki do spełnienia w drużynie i jeżeli tego nie zrobi, to będzie miał ze mną czynienia (śmiech).

Dlaczego, na najbliższe sezony jako trener, wybrałeś Starogard?

Nasze drogi na długi czas się rozjechały, ale przecież od wielu lat jestem tutaj i pracuję w koszykówce młodzieżowej. Jeżeli chodzi o koszykówkę seniorską, to przez wiele lat pracowałem w niedalekim Pelplinie, gdzie tworzyliśmy coś, jeśli chodzi o seniorów, w zasadzie od zera. W pewnym momencie, kiedy pojawiła się propozycja pracy tutaj i pomyślałem sobie „przecież to nie jest obce Ci miejsce, gdzie Ciebie nie było. Ty tutaj jesteś, znasz realia, wykonujesz od iluś lat pracę, lepszą czy gorszą, ale na pewno widoczną”. Pomyślałem, że może oprócz tej pracy u podstaw, warto by było spróbować coś więcej. Liczę, że dzięki temu, że będę pracował w pierwszej drużynie klubu, też będzie mi łatwiej wpłynąć na to, żeby to, aby dobrze było również na jego zapleczu. Chcę się rozwijać jako trener i oferta, którą otrzymałem, na pewno na tę chwilę, wydała mi się tym czego obecnie potrzebuję i która daje mi właśnie szansę rozwój i krok do przodu. Chciałbym, aby ten klub się rozwijał, a ja razem z nim i mam nadzieję, że to miejsce, w którym teraz jesteśmy będzie chwilowe, że pójdziemy do przodu. Wierzę w to, że tak będzie i dlatego zdecydowałem się na to, aby zostać trenerem w Starogardzie.

Jaki prywatnie jest Bartosz Sarzało?

Z goła odmienny niż w pracy trenerskiej. Jeżeli chodzi o to jak się zachowuję poza boiskiem, to jestem bardzo spokojną osobą. Staram się do wszystkiego podchodzić na chłodno. Oczywiście, jeżeli chodzi o pracę trenerską, na dłuższą metę też jestem spokojny, ale jednak podczas treningu czy meczu uważam, że muszę się zachować trochę inaczej. Wchodząc na trening, mecz czy nawet przygotowując się do meczu oglądając inne mecze, przygotowując scouting po prostu wchodzę w swój świat. Zajmuję się koszykówką już ponad 30 lat. To już mi tak weszło w krew, że hala jest dla mnie jak drugi dom i w tym miejscu czuję się swobodnie. Myślę, że to też bardzo ułatwia moje kontakty z zawodnikami. Myślę, że oni wiedzą czego dokładnie od nich oczekuję. I taki właśnie jestem na meczach – bezpośredni, impulsywny, szybko reagujący. W życiu prywatnym jestem spokojny i te wszystkie decyzje na pewno podejmuję kilka razy dłużej niż na boisku.

Jakie jest Twoje największe marzenie trenerskie oraz prywatne?

Jeśli chodzi o marzenia trenerskie staram się nie wybiegać za daleko w przyszłość. Uważam, że w pracy trenera każdy następny dzień jest ważny i jeżeli trener chce się rozwijać, a na jeden dzień się zdrzemnie, to ten dzień po prostu traci. Jeżeli chodzi o jakieś sukcesy, to staram się nie stawiać długofalowych celów. Na pewno to, na czym mi zależy w pracy trenerskiej, to to, aby moi zawodnicy w pracy ze mną lub po jej zakończeniu powiedzieli: „To był fajny gość, który każdego dnia starał się dać nam wszystko co miał, czyli spowodować, że nasz zespół grał najlepiej jak mógł i to, że każdego dnia stawaliśmy się lepszymi koszykarzami, a przy okazji może też ludźmi.” A jeżeli chodzi o prywatny cel, to chyba taki, jak mają wszyscy, żeby moja rodzina przede wszystkim była zdrowa i szczęśliwa. To jest chyba taki podstawowy cel w życiu człowieka.

Udostępnij